Zimowa wyprawa fotograficzna. Ożynnik
Natura

Zimowy plener fotograficzny

Dawno już nie było tak pięknej zimy. W szczególności las wygląda jakby wyjęty z bajki. Zamrożony, cichy, schowany pod grubą śnieżną pierzyną. Za jednym razem zachwyca swoim pięknem, z drugiej jednak wzbudza niepokój, gdy patrzy się w białą przestrzeń, nasłuchując, choć najmniejszego dźwięku. Właśnie ten tajemniczy kawałek świata przyciągnął mnie, aby wybrać się na zimowy plener fotograficzny do Ożynnika.

Zimowa wyprawa

Ciepło ubrana, wyposażona w aparat, statyw i coś do jedzenia wybrałam się na zimowy plener fotograficzny do Ożynnika. Z domu wyruszyłam ok. godziny 8.00. Nie było zimy, nie padał śnieg, ale niebo było lekko pochmurne, ale było na tyle jasno, że w szczególności mi to nie przeszkadzało. Miałam nadzieję, że może później się rozpogodzi i wyjdzie słońce. Tym razem nie pojechałam samochodem, przyznam, że ta zima skutecznie mnie zniechęca do jeżdżenia gdziekolwiek. Dlatego też wzięłam za cel przejścia ok. 8 km w jedną stronę do Ożynnika.

Tak, wiem…duga trasa, jeszcze pieszo, w zimę i to w dodatku przez las. Z początku się nie obawiałam, ponieważ szłam trasą, którą bardzo dobrze znałam, dopiero po ok. 3 kilometrach gdzie trzeba było skręcić w leśną drogę, zaczęło we mnie narastać uczucie niepokoju. Była to dość wąska dróżka, mniej więcej na szerokość samochodu, po obu stronach drzewa, cisza i tylko dźwięk skrzypiącego śniegu pod butami. Przyznam, że przez całą drogę do wioski bałam się tego, co może zdarzyć się po drodze. Chciałam jedynie dojść do celu, zobaczyć domu i byłabym o wiele spokojniejsza i pewniejsza siebie. Mimo wątpliwości cieszyłam się i podziwiałam uśpioną naturę. Uwielbiam las, ponieważ daje mi poczucie oderwania od świata, zamknięcia się na niego, otwarcia na wyciszenie  i spokojny upływ czasu. Po dwóch godzinach i przejściu 8 kilometrów dotarłam do celu. 

To, co mnie zachwyciło

Sama wioska nie była duża. Liczyła około dziesięciu domów, głównie usytuowanych wzdłuż głównej drogi. Nie było w niej nic ciekawego do sfotografowania, dlatego poszłam dalej. Po przejściu około dwóch kilometrów otworzyła się przede mną otwarta przestrzeń, łąka na dwóch krańcach otoczona lasem, ale ciągnąca się daleko w horyzont, gdzie niskie i wysokie linie drzew znaczyły jej szerokość. Poczułam zachwyt, dumę i radość. To było miejsce wyjęte jak z marzeń. Wyjęłam aparat z plecaka i co chwilę robiłam zdjęcia. Niebo w dalszym ciągu było pochmurne, ale zza chmur wyłaniała się jasna kula słońca. Tworzyła cudowny element do krajobrazu. Była moim głównym punktem na zdjęciach. Nadawała im subtelności, a zarazem tajemniczości.

Jak się wracało?

Tak…powiem w skrócie. Ledwo wyszłam z wioski, a już pomyliłam drogi. Idę i idę. Wysoka górka, na którą nie wchodziła, jakaś tablica, i dom. Od razu zawróciłam się, zła na siebie, że jak mogłam pomylić trasę. Oczywiście telefon się rozładował, bo dlaczego nie, jak wyprawa to z dreszczykiem emocji. Na szczęście nie zboczyłam daleko od swojej trasy, więc szybko udało mi się wrócić na odpowiednią drogę. Jednak do końca obawiałam się tego, czy nie pomylę drogi. Byłam nawet gotowa wrócić do wioski i prosić o podwiezienie do głównej szosy, ale powiedziałam sobie ‘’ryzyk, fizyk, raz się żyje’’, i poszłam w drogę powrotną. Na szczęście nic później niepokojącego się nie wydarzyło i bezpiecznie wróciłam do domu. Po przejściu w sumie 20 kilometrów uznałam, że to był fajnie spędzony czas.
Mam nadzieję, że jeszcze uda mi się wybrać na zimowy plener fotograficzny, jednak tym razem trochę bliżej.

5

Zostaw komentarz